Czasem mam wrażenie, że mój mózg to maszyna, która nie ma wyłącznika. Piszę doktorat z historii sztuki. O symbolice baroku w małopolskich kościołach. Dni, noce, miesiące wertowania źródeł, porównywania detali, układania argumentów. I ta nieustanna gonitwa myśli. Podczas jedzenia, pod prysznicem, przed snem. Ciągle ten wir: 'Czy ten motyw akantowy na pewno pochodzi z tego okresu?', 'Czy nie za dużo poświęcam tej jednej kaplicy?'. To było wyczerpujące. Pół biedy za dnia, ale wieczorem, kiedy próbowałam się zrelaksować, mózg wchodził na najwyższe obroty. Koleżanka, widząc moje podkrążone oczy, rzuciła kiedyś niepoważnie: 'Może byś tak zamiast analizować gzymsy, pograła w jakieś głupie gry? Wyłączysz głowę'.
I tak, któregoś wieczora, w akcie desperacji, żeby choć na chwilę przestać myśleć o puttach i kontrreformacji, weszłam w to. Wyszukałam coś prostego. Nie poker, nie blackjack. Automaty. Coś z kolorowymi owocami. To był czysty mechaniczny odruch: klik, kręcą się, stop. Zero analizy. Zero decyzji strategicznych. Tylko czekanie. I wiecie co? To zadziałało. Po trzydziestu minutach takiej bezmyślnej zabawy, z minimalną stawką, oczywiście, poczułam ulgę. Jakby ktoś w końcu nacisnął pauzę w tej kakofonii w mojej głowie. To było lepsze niż medytacja, do której zawsze brakowało mi cierpliwości.
Z czasem te wieczorne sesje stały się moim rytuałem. Godzina tylko dla siebie. Nie dla nauki, nie dla myślenia. Dla czystej, prostej rozrywki. Czasem wygrywałam sto złotych, czasem traciłam pięćdziesiąt. To nie miało znaczenia. Liczył się ten stan zawieszenia. Odkryłam, że
vavda ma całą sekcję gier z piękną, wręcz artystyczną grafiką. Była tam gra oparta na motywach egipskich, z detalami, które analizowałabym na co dzień zawodowo. Ale tu po prostu się nimi zachwycałam. To była sztuka w ruchu, a ja byłem jej częścią, nie krytykiem. To był paradoks: vavda, miejsce, które wielu uważa za płytką rozrywkę, dało mi przestrzeń, by naprawdę docenić piękno formy i koloru bez obowiązku pisania o tym pięciu stron A4.
Najzabawniejsze było to, że po takiej godzinie 'odmóżdżenia' wracałam do pracy z jasną głową. Pomysły same przychodziły. Jakby ten reset pozwalał układowi nerwowemu uporządkować informacje. Raz, pamiętam, utknęłam na analizie pewnego fresku od dwóch tygodni. Po wieczorze spędzonym na graniu, obudziłam się z rozwiązaniem w głowie. Po prostu. To była magia.
Dziś bronię za miesiąc. Stres jest ogromny, ale mam swój sprawdzony sposób. Kiedy myśli znów zaczynają krążyć jak oszalałe, wiem, że mam swoje miejsce. To nie jest ucieczka. To jest wentyl bezpieczeństwa. Czasem ludzie dziwnie na to patrzą, kiedy mimochodem wspomnę, że gram. Myślą, że to o hazard, o pieniądze. A dla mnie to po prostu terapia. Sposób na wyciszenie maszyny, która inaczej pracowałaby do zatrzymania. I kto by pomyślał, że klucz do spokoju podczas pisania o baroku leży w świecie wirtualnych automatów? Życie potrafi być przewrotne.