Pracuję na taśmie w fabryce opon. Mój dzień to 480 minut tego samego ruchu: wziąć, przenieść, ułożyć. Rytm wyznacza bezwzględny takt maszyny. Po ośmiu godzinach w hałasie i zapachu gumy, wracam do domu z dziwnym uczuciem: moje ciało jest zmęczone, ale mózg wciąż kręci się w kółko, jakby nadal stał przy pasie. Nie potrafię się odprężyć. Siadam przed telewizorem, ale nie rejestruję, co się dzieje. Moja żona mówi, że wpatruję się w ścianę.
Pewnego dnia, mój szwagier, który pracuje jako kierowca dostawczy, zobaczył to moje odrętwienie. „Masz za dużo tej samej powtarzalności” – powiedział. „Potrzebujesz czegoś, co da ci poczucie, że twoja decyzja coś zmienia. Natychmiast. Coś małego.” Pokazał mi telefon. Na ekranie koło ruletki. „Vavada. Wejdź, użyj
vavada bonus na start, żeby nie ryzykować swoich. Zagraj 15 minut w coś, gdzie ty decydujesz: postawić na czerwone czy na czarne? I zobaczysz efekt od razu. To jak przerwa na kawę dla mózgu.”
To „przerwa dla mózgu” zabrzmiało jak coś, czego potrzebuję. Tej samej nocy, po kolacji, zamiast włączać telewizor, otworzyłem laptopa. Wpisałem Vavada. Strona była… cicha. Spodziewałem się krzyku, a tu ciemne kolory i spokój. Zarejestrowałem się. Aktywowałem vavada bonus – darmowe spiny i dopasowanie depozytu. Wpłaciłem 100 złotych – tyle, co za dwie paczki dobrych papierosów (które rzucam). Mój kapitał się podwoił. To było jak dostanie dodatkowej szansy za darmo.
Nie wiedziałem, od czego zacząć. Automaty wydawały się zbyt losowe. Wybrałem ruletkę. Bo to proste. Kolory, liczby. Postawiłem 10 złotych na czarne. Kulka się zakręciła. Patrzyłem, jak skacze. I zatrzymała się na czarnym. Moja pierwsza, samodzielna decyzja po całym dniu wykonywania rozkazów maszyny, zakończyła się sukcesem. Drobne, ale moje. Przez następne 20 minut grałem, stawiając małe kwoty. Czasem wygrywałem, czasem przegrywałem. Ale za każdym razem to ja wybierałem. To uczucie sprawczości było nowe i bardzo przyjemne. Hałas fabryki w mojej głowie zaczął cichnąć, zagłuszony dźwiękiem kulki.
Zrobiłem z tego swój wieczorny rytuał. 20-30 minut po pracy. To był mój czas. Mój plac zabaw dla dorosłych, gdzie jedynym ryzykiem było stracić kilka złotych, a nagrodą – poczucie, że coś od ciebie zależy. Z czasem odkryłem gry na żywo. Blackjack. Dołączyłem do stołu. Krupierka o imieniu Sandra witała graczy. W czacie ktoś napisał: „Hej, nowy, powodzenia!”. To była pierwsza nieobowiązkowa, miła interakcja z nieznajomym od… nie pamiętam kiedy. Poznałem tam „Wiejskiego_Majstra”, hydraulika, z którym czasem gadaliśmy o tym, jak naprawia się różne rzeczy. Vavada bonus otworzył mi drzwi nie tylko do gry, ale do małej, ludzkiej społeczności.
Aż przyszedł ten piątek. Był to koszmarny dzień w pracy – awaria taśmy, gniew brygadzisty, wszystko się posypało. Wróciłem do domu wściekły i bezsilny. Siadając do komputera, nie chciałem spokojnej ruletki. Chciałem czegoś, co będzie huczało. Kliknąłem w „Gates of Olympus”. Postawiłem sporą część mojej wygranej puli. Puściłem spin.
I wtedy ekran eksplodował złotem. Wpadłem w bonus, gdzie pioruny-mnożniki spadały jak szalone. 10x, 50x, 100x, 200x! Patrzyłem, jak moje saldo, które do tej pory wahało się o kilkadziesiąt złotych, zaczyna rosnąć w oszałamiającym tempie. 1000 zł, 3000 zł, 7000 zł… Zatrzymało się na ponad 10 000 złotych. Siedziałem na krześle w kuchni, w blasku ekranu, i nie mogłem uwierzyć. Po całym dniu bycia trybikiem w zepsutej maszynie, stałem się beneficjentem najbardziej kapryśnej maszyny na świecie – generatora liczb losowych. To był najczystszy absurd. I najskuteczniejsze lekarstwo na frustrację, jakie znam.
Wypłaciłem pieniądze bez problemu. Kupiłem za nie coś, czego nigdy bym sobie nie pozwolił: profesjonalny zestaw narzędzi dla majsterkowicza. Teraz, w weekendy, nie siedzę bezczynnie. Naprawiam w domu, buduję, tworzę. Moje ręce, które przez tydzień wykonują tę samą czynność, w sobotę tworzą coś od początku do końca.
Vavada bonus dał mi coś więcej niż pieniądze. Dał mi przestrzeń do podejmowania decyzji, gdy w pracy nie mam żadnych. Dał mi kontakt z ludźmi poza halą fabryczną. I dał mi nieoczekiwany kapitał na nowe hobby, które przywraca mi godność i poczucie sprawstwa. Teraz, gdy taśma w pracy znów zaczyna warczeć, uśmiecham się do siebie. Bo wiem, że wieczorem czeka na mnie moje małe królestwo, gdzie ja jestem królem, a kulka ruletki – moją poddaną. I to wystarczy, by przetrwać kolejną zmianę.