Przez dwadzieścia lat budowałem firmę. Zaczynałem z jednym samochodem dostawczym, skończyłem z małą flotą i magazynem. Byłem szefem, kierowcą, księgowym, sprzątaczem. Mój mózg działał non-stop. Nawet we śnie analizowałem koszty paliwa i negocjowałem z klientami. Sukces? Tak, materialny. Ale przypłaciłem to stanem, w którym nie potrafiłem się wyłączyć. Nawet na wakacjach moje myśli krążyły wokół firmy. Byłem jak kierowca, który zapomniał, jak się parkuje. Ciągle w ruchu.
Decyzja o sprzedaży firmy przyszła po zawale. Lekki, ale jak dzwonek alarmowy. Sprzedałem. I nagle… cisza. Przerażająca cisza. Miałem pieniądze, czas, dom. I kompletnie nie wiedziałem, kim jestem bez tej firmy. Moja żona cieszyła się, że wreszcie jestem w domu. A ja chodziłem jak duch, dotykając ścian, sprawdzając, czy jeszcze istnieję.
Pewnego ranka, gdy ona poszła do pracy, a ja zostałem sam z tą ogromną, pustą przestrzenią własnego czasu, włączyłem komputer. Nie po to, by coś robić. Po to, by coś znaleźć. Coś, co nie będzie miało nic wspólnego z logistyką, kosztami czy zarządzaniem. Wpisałem „gry”. Potem „gry dla dorosłych”. Potem, nie wiem czemu,
vavada kasyno. To brzmiało obco, egzotycznie. Jak nazwa jakiegoś luksusowego kurortu, do którego nigdy bym nie pojechał.
Kliknąłem. I stałem się klientem. Po raz pierwszy od dwudziestu lat nie byłem tu, by coś sprzedać, zarządzać czy kontrolować. Byłem tu, by konsumować. By wydać, a nie zarobić. To uczucie było upajające i trochę niepokojące. Zarejestrowałem się. Wpłaciłem 500 zł – kwotę, którą kiedyś wydawałem na paliwo na dwa dni. To był mój bilet wstępu do świata, gdzie jedyną decyzją było: czerwone czy czarne?
Wybrałem ruletkę na żywo. To była moja metafora. W firmie ja decydowałem o trasach, o tym, gdzie pojadą moje samochody. Tutaj decydowałem tylko o tym, gdzie postawię żeton. Resztę robił los. I patrzyłem, jak ta kulka, niczym moje myśli, wiruje bez celu, aż w końcu ląduje gdzieś przypadkowo. Vavada kasyno stało się moim treningiem w byciu podwładnym. Podwładnym przypadku. I to było wyzwalające. Nie musiałem mieć racji. Nie ponosiłem odpowiedzialności za wynik. Mogłem tylko obserwować i doświadczać.
Odkryłem automaty z motywem przygody i odkryć. To była ironia. Ja, który przez lata budowałem trasy, teraz wirtualnie odkrywałem nowe lądy. I robiłem to bez planu, bez harmonogramu, bez celu. Dla czystej przyjemności podróżowania oczami.
Aż przyszedł ten dzień. Grałem w automacie o tematyce skarbów. Była tam funkcja „Mapa Przygody”. Kliknąłem. Ekran przeniósł mnie do wirtualnej jaskini, gdzie musiałem wybierać ścieżki. Wybierałem losowo. Lewo, prawo, prosto. Każda ścieżka prowadziła do kolejnej decyzji i małej wygranej. Nagle, po serii takich losowych wyborów, znalazłem się w komnacie ze skarbem. Bonusowa runda. Mnożniki poszły w górę jak szalone. Wygrana była naprawdę duża. Kilkanaście tysięcy.
Siedziałem przed ekranem i nie czułem dumy z dobrej decyzji. Czułem… wdzięczność. Wdzięczność za tę przygodę. Za to, że los poprowadził mnie tam, gdzie sam bym nie trafił.
Tej wygranej nie zainwestowałem. Kupiłem z żoną kampera. Małego, używanego. I teraz, zamiast zarządzać flotą, zarządzam tylko tym jednym pojazdem. Jeździmy bez trasy. Skręcamy tam, gdzie nam się podoba. Parkujemy na leśnych polanach.
A kiedy wieczorem pada deszcz i siedzimy w kamperze, czasem zaglądam do vavada kasyno. Tym razem nie po to, by uciec od odpowiedzialności. Po to, by przypomnieć sobie, że najpiękniejsze podróże to te bez mapy. I że czasem, żeby znaleźć siebie na nowo, trzeba najpierw zgubić kontrolę. I pozwolić, by to życie pokazało ci, gdzie jest twój następny przystanek. A to, że ten przystanek może być przypadkowym polem w środku niczego, albo konkretną liczbą na kole ruletki – to już tylko dodatek do przygody.