Moje życie wyglądało jak perfekcyjnie zaprojektowana tabela Excel. Jestem projektantką wnętrz, specjalizuję się w minimalistycznych, sterylnych przestrzeniach, gdzie każdy przedmiot ma swoje miejsce i funkcję. Mój własny dom był wizytówką tej filozofii: nic zbędnego, tylko szarości, biele i drewno. Klienci mnie uwielbiali, bo dostawali dokładnie to, co zaplanowałam. Problem w tym, że ja się w tym wszystkim gubiłam. Każdy dzień był taki sam. Każda decyzja – przemyślana. Nie było w tym miejsca na przypadek, na błąd, na… kolor. Czułam się jak w pięknie zaprojektowanym, pustym pudełku.
Przełom nastąpił po wizycie u przyjaciółki na wsi. Jej dom był pełen chaosu: dziwne pamiątki z podróży, jaskrawe zasłony, meble z różnych epok. I ten dom… żył. Pachniał, tętnił, był pełen historii. Wróciłam do swojej białej klitki i po raz pierwszy poczułam ją jako więzienie. Musiałam coś zmienić, ale nie umiałam. Mój umysł od razu tworzył harmonogram: „kup trzy rośliny zielone, dywan w ecru, obraz w pastelowych barwach”. To nie była zmiana. To była kolejna, kontrolowana modyfikacja projektu.
Tej nocy, zamiast przeglądać katalogi materiałów, zaczęłam szukać czegoś zupełnie przeciwnego. Czegoś, co nie podlega żadnym zasadom projektowania. W głębi internetu, między stronami o feng shui a nowoczesnym designem, trafiłam na portal
vavada polska. To brzmiało obco, niepokojąco, żywiołowo. Kliknęłam.
To, co zobaczyłam, było antytezą mojego świata. Eksplozja kolorów, dźwięków, kształtów. Gry wyglądały jak małe, błyszczące przedmioty, których nigdy bym nie umieściła w swoim domu. To był dla mnie jak wejście do tętniącego życiem bazaru w Marrakeszu. Przerażające i pociągające. Zarejestrowałam się. Wpłaciłam równowartość jednej, drogiej poduszki dekoracyjnej. To był mój budżet na eksperyment.
Zaczęłam od automatu o nazwie „Tęczowy Raj”. Brzydka nazwa, ale grafika… Nie mogłam oderwać wzroku. Była tam cała paleta barw, których nigdy bym nie połączyła. Różowy sąsiadował z pomarańczowym, zieleń z fioletem. I to działało. To było żywe. Kliknęłam „spin”. Te kolory zaczęły wirować, tworząc przypadkowe kompozycje. To był pierwszy moment od lat, kiedy nie analizowałam, czy coś do siebie pasuje. Tylko patrzyłam. I podobało mi się.
Vavada polska stała się moim laboratorium kolorów i form. Grałam w różne gry, jakbym przymierzała różne style. Jedna gra była w stylu steampunk – brązy, mosiądze, skóra. Inna – jak bajka o jednorożcach. Każda sesja była jak podróż do innego, ekstrawaganckiego wnętrza. I najważniejsze: nie mogłam tego kontrolować. Nie mogłam zaplanować, jakie symbole ułożą się na bębnach. Musiałam się poddać. Nauczyć się czerpać przyjemność z niespodzianki.
Pewnego wieczoru, grając w slota o tematyce azjatyckiej, trafiłam bonusową rundę. Ekran wypełnił się czerwienią i złotem, symbolami smoków i kwiatów wiśni. To była najjaskrawsza, najbardziej „przeładowana” kompozycja, jaką widziałam. I… byłam nią zachwycona. Wygrana była spora, ale ja kupiłam za nią coś innego. Farby, pędzle i wielkie, białe płótno.
Następnego dnia, zamiast iść do biura, rozłożyłam płótno w swoim idealnie białym salonie. I zaczęłam malować. Bez planu. Bez szkicu. Po prostu rzucałam kolorem. Czerwień, złoto, błękit. To, co widziałam w grze. Mój pies wszedł łapą w czerwoną farbę i odcisnął ją na płótnie. Zamiast wściekać się, dodałam do tego odcisku kontury, tworząc abstrakcyjny kwiat.
Dziś w moim salonie wisi ten obraz. To jedyny jaskrawy element. Klienci, kiedy przychodzą, zawsze o niego pytają. „To mój przypadek” – mówię. I zaczynam projektować dla nich zupełnie inaczej. Wprowadzam odwagę, kolor, nieoczywiste połączenia. Vavada polska nie nauczyła mnie hazardu. Nauczyła mnie improwizacji. I że najpiękniejsze wnętrze to nie to, które jest idealnie zaprojektowane, tylko to, w którym czuć, że ktoś w nim naprawdę żyje. I czasem, żeby to osiągnąć, trzeba pozwolić, by los postawił na twoim ekranie trzy zupełnie do siebie niepasujące symbole. I zobaczyć w tym piękno.