Mam trzydzieści dziewięć lat, a przez całe życie byłem tym grzecznym. Grzeczny syn, grzeczny uczeń, grzeczny pracownik, grzeczny mąż, a potem grzeczny były mąż, który nie robi problemów, nie upomina się o swoje, nie krzyczy, nie przeklina, tylko cicho znosi to, co życie przynosi. Wszyscy wokół mnie, gdy o mnie mówią, używają tego samego przymiotnika: „solidny”. Solidny facet, solidna firma, solidne podstawy. I wiecie co? Nienawidzę tego słowa. Bo bycie solidnym oznacza, że zawsze możesz na mnie liczyć, ale to też znaczy, że nikt nie pyta, czy ja na kogoś mogę liczyć. Prowadzę mały zakład stolarski, robię meble na wymiar, głównie kuchnie. Robota jest piękna, gdy ktoś docenia, co wychodzi spod twoich rąk, ale bywa też piekielnie ciężka, gdy klient zmienia zdanie po raz piąty, a ty musisz przerabiać fronty, które już prawie gotowe. W ostatnich miesiącach coś we mnie pękło. Nie umiem tego inaczej nazwać. Po prostu pewnego dnia obudziłem się i stwierdziłem, że jestem zmęczony. Nie tylko fizycznie, chociaż kręgosłup od lat wysyła mi sygnały, że powinienem zwolnić. Zmęczony byłem cały, w środku, w tym miejscu, gdzie mieszka się marzenia, o których już dawno zapomniałem.
Wszystko zaczęło się od tego, że na początku grudnia miałem zamówienie na osiem frontów dębowych, lakierowanych na wysoki połysk. Klientka zmieniała zdanie trzy razy, potem jej mąż wtrącił się w czwartym, a na koniec stwierdzili, że jednak wrócą do pierwotnego pomysłu. Siedziałem w warsztacie, było po dwudziestej, styropianowe płatki śniegu unosiły się pod lampami, bo nie miałem siły już odkurzać, i pomyślałem, że jeśli zaraz nie zrobię czegoś dla siebie, to w tym całym drewnie, lakierze i wkurwieniu po prostu zniknę. Wróciłem do domu, prysznic, piwo, kanapa. Normalnie bym włączył jakiś serial albo poszedł spać, bo rano trzeba wstać, ale tej nocy coś mnie tknęło. Przypomniałem sobie, że kilka tygodni wcześniej, kiedy czekałem w kolejce po odbiór zamówionych płyt MDF, usłyszałem rozmowę dwóch facetów. Jeden z nich opowiadał drugiemu o jakiejś stronie, gdzie miał szczęście, i użył nazwy, która jakoś utkwiła mi w głowie –
epicstar. Wtedy nie zwróciłem na to uwagi, bo facet wyglądał jak typ, który szuka szybkiego hajsu, a ja, solidny chłopak z warsztatu, nie mam z tym nic wspólnego. Ale tej nocy, z piwem w ręku i z bólem krzyża, który promieniował aż do łopatki, pomyślałem: a co mi tam.
Wpisałem w przeglądarkę tę nazwę, trafiłem na stronę, która wyglądała zupełnie inaczej niż sobie wyobrażałem. Spodziewałem się krzykliwych kolorów, animowanych diamentów i napisów, które obiecują złote góry. A tu było ciemno, elegancko, taka stonowana kolorystyka, że od razu poczułem się mniej jak intruz. Przez pierwsze dziesięć minut tylko klikałem, rozglądałem się, czytałem opisy gier. Niektóre miały motywy przygodowe, inne nawiązywały do starych filmów, a jeszcze inne wyglądały tak abstrakcyjnie, że w ogóle nie rozumiałem, o co w nich chodzi. Wybrałem jedną, która miała w sobie coś z warsztatu – symbole przypominały stare narzędzia, jakieś zegary, przekładnie, elementy maszyn. Było w tym coś, co do mnie przemówiło. Założyłem konto, co zajęło mi dosłownie trzy minuty, i wrzuciłem tam kwotę, którą mogłem wydać na dwie porządne deski dębowego forniru. Pomyślałem, że to będzie mój eksperyment, taki wieczór, kiedy przestanę być solidny, a zacznę być po prostu sobą, tym facetem, który ma ochotę na odrobinę głupoty.
Zacząłem grać, ale nie tak, jak myślałem, że będę grał. Bez nerwów, bez kombinowania, bez liczenia, ile wpadło, a ile uciekło. Po prostu siedziałem w tym fotelu, który pamięta jeszcze czasy, kiedy mieszkałem z byłą żoną, popijałem piwo i patrzyłem, jak symbole układają się w linie. W warsztacie nauczyłem się jednego – cierpliwości. Drewno nie da się poganiać, lakier musi wyschnąć, klej musi związać. I jakoś ta sama cierpliwość przyszła mi tej nocy. Nie goniłem za niczym, nie próbowałem odzyskać, nie podwajałem stawki w gniewie. Kręciłem spokojnie, rytmicznie, prawie jak przy szlifowaniu – tam też robisz to samo ruchem, raz za razem, aż nagle materiał zaczyna oddawać ci to, co w nim najlepsze. I wtedy, gdzieś po godzinie, może po dwóch, system nagle zaczął zachowywać się inaczej. Bonusy spadały jeden po drugim, darmowe spiny nakręcały się nawzajem, a ja patrzyłem na to z rosnącym niedowierzaniem. Kwota na koncie, która początkowo była symboliczna, zaczęła rosnąć tak szybko, że na chwilę odłożyłem telefon, żeby sprawdzić, czy to nie jakiś błąd wyświetlacza.
Wstałem, przeszedłem do kuchni, napiłem się wody. Popatrzyłem przez okno na ciemne bloki, w których tylko tu i ówdzie świeciły się pojedyncze okna. Pomyślałem o tych wszystkich kuchniach, które robiłem, o ludziach, którzy je zamawiali, o tym, że każdy z nich miał swój pomysł na swoje miejsce, na swoje życie. A ja? Ja od lat tkwiłem w tym samym warsztacie, w tym samym rytmie, w tym samym byciu solidnym, który nikomu nie przeszkadza, ale też nikogo nie zachwyca. Wróciłem do fotela, spojrzałem na ekran. Liczby wciąż tam były. Wypłaciłem wszystko tego samego wieczoru. Nie dlatego, że bałem się, że przepadną, tylko dlatego, że w tej jednej chwili zrozumiałem, że jeśli teraz tego nie zrobię, to jutro rano obudzi się we mnie stary, solidny facet, który uzna, że może jednak trzeba spróbować jeszcze raz, bo to nie może być tak, że facet taki jak on ma takie szczęście. A ja nie chciałem już być tym facetem.
Za tamte pieniądze kupiłem sobie strugarkę, o której marzyłem od dwóch lat. Niepotrzebną, bo ta, którą miałem, działała, ale starą, głośną, taką, przy której po godzinie pracy drętwiały mi ręce. Nowa jest cicha, precyzyjna, i kiedy puszczam przez nią drewno, słyszę tylko ten jedwabisty dźwięk, który przypomina mi, że czasem warto sobie pozwolić. Resztę wydałem na weekend w górach, sam. Pojechałem bez planu, bez celu, tylko z plecakiem i z tym uczuciem, że robię coś, co nie ma żadnego uzasadnienia poza tym, że chcę. Stałem na szlaku, patrzyłem na lasy, które ciągnęły się po horyzont, i myślałem o tym, że przez tyle lat nie pozwoliłem sobie na nic, co nie mieściło się w kategorii „potrzebne”. A teraz, z tych kilku tysięcy, które przyszły do mnie w grudniową noc, kupiłem sobie coś, czego nie potrzebowałem, ale czego bardzo chciałem.
Dziś, kiedy wracam do warsztatu, kiedy siadam na tym samym fotelu, zdarza mi się czasem wpisać w przeglądarkę adres epicstar i wejść tam na chwilę. Nie po to, żeby gonić za kolejną wygraną – wiem, że takie noce zdarzają się raz, może dwa razy w życiu. Ale po to, żeby przypomnieć sobie tamto uczucie. To uczucie, kiedy w środku nocy, przy piwie i zmęczeniu całego tygodnia, pozwoliłem sobie na coś, co nie miało sensu, co nie było solidne, co nie było potrzebne, a co okazało się początkiem czegoś, czego w ogóle się nie spodziewałem. Bo czasem, żeby coś zmienić, nie trzeba wielkich planów ani długich rozmów z samym sobą. Czasem wystarczy jedna noc, jedno kliknięcie, jeden moment, w którym mówisz: dobra, tym razem robię to dla siebie. I to, uwierz mi, jest więcej warte niż jakiekolwiek meble, jakie kiedykolwiek zrobiłem. Kiedy teraz strugam te dębowe fronty, które ostatecznie trafiły do tamtej klientki, a ona zadzwoniła, żeby powiedzieć, że są idealne, uśmiecham się pod nosem. Bo ona nie wie, że te same ręce, które wykańczały jej kuchnię, tej jednej nocy przestały być tylko rękami solidnego rzemieślnika. Stały się rękami kogoś, kto wreszcie przypomniał sobie, że ma prawo chcieć. I to jest chyba najpiękniejsza rzecz, jaką tamtej nocy wygrałem.